Home Media Prasa "Oberek" z namiotami w tle
"Oberek" z namiotami w tle PDF Drukuj Email

X zlot turystyczny Polaków na Litwie
26-28 czerwca 1998r. Sużany, rejon wileński

Ano, ano... rok po roku, biwak po biwaku i... zloty turystyczne Polaków na Litwie zaokrągliły się nam do jubileuszu z zerem na końcu, czyli do ,,10". Oto dlaczego tegoroczni organizatorzy biało-czerwonej eskapady - Rejonowy Oddział Związku Polaków na Litwie, samorząd rejonu wileńskiego i gmina w Sużanach - czując wielkie brzemię odpowiedzialności dwoili się i troili w przygotowaniach na ziemi a i Boskiej kancelarii zapamiętale progi obijali z modłami na ustach, by pogoda była nieco łaskawsza niż dotąd w czerwcu. Już na wstępie wypada z podziwem stwierdzić, iż zarówno pierwszą jak też drugą czynność cechowało wyjście obronną ręką, co w decydującym stopniu zaważyło na odniesieniu naszej Polaków na Litwie krągłej rocznicy w śpiworach do imprez spod jakże chwalebnego znaku na sto dwa.

Eliminując intruzów

Póki organizatorzy zapinali w gorączkowej krzątaninie zlot na ostatni guzik, uczestnicy w niemniejszym pośpiechu prócz tego, że indywidualnie pakowali plecaki i namioty, kłopotali o paliwo i o samochody na dojazd, formowali też końcowe składy drużyn, gdyż zgodnie z założeniami regulaminu na tegoroczny zlot mogli jedynie przybyć trampowie zorganizowani, co miało wyeliminować tych wszystkich, którzy na poprzednich zlotach, kiedy to preferowano założenie, iż każdy rodak może być ich uczestnikiem, zwykli przyjeżdżać, by powylęgiwać się biernie pod krzakami, błędnym pijanym okiem potoczyć po innych, do rękoczynów podczas dyskoteki stanąć, porzygać w krzaki i odjechać, zostawiając po sobie pobojowisko. Takim to intruzom na X zlocie turystycznym nie miało być miejsca, podobnie jak siły porządkowe ze zdwojoną uwagą miały czuwać nad porządkiem eliminując wszystkich, kogo zloty ściągają też w tym niecnym celu z miejscowej młodzieży

 

Obecni, nieobecni

Z pierwotnie zgłoszonych 18 drużyn ostatecznie 26 czerwca nad jeziorem Daniłowskim stawiło się 14. Jak się okazało, ponownie najbardziej turystycznymi zakątkami Wileńszczyzny okazały się rejony wileński i solecznicki, które miały po 4 swoich przedstawicieli, "Pędziwiatr" z Magun reprezentował rejon święciański, "Włóczędzy" -miasto Wilno, a ponadto na biwaku "samych swoich" znalazły się (brawo!) trzy drużyny z Białej Podlaskiej i okolic tudzież jedna z Warszawy. Udział naszych jakże zawsze mile widzianych Rodaków z Macierzy spowodował, że X zlot turystyczny jak i jego "poprzednicy" zyskał międzynarodową oprawę.

14 drużyn - dużo to czy mało? Raczej średnio, zważywszy, iż - powiedzmy - na i jakże pamiętnym zlocie w roku 1989 nad Bałoszą było ich 11, na II - 22, na VI (rekordowym pod tym względem) - 25, na VII - 18, na VIII - 13, na ubiegłorocznym (najskromniej obsadzonym) IX - zaledwie 10. Tę obecność na wzór belfra przed każdą lekcją na marginesie naszego jubileuszu przywołuję nieprzypadkowo. Owszem, stwierdzenie, iż na zlotach przejawia się w ogóle nasza - Polaków na Litwie - aktywność społeczna, jest może zbyt ryzykowne, gdyż dzisiaj kryzysowe realia sprawiają, że nie wszyscy mogą sobie pozwolić na bądź co bądź duże wydatki związane z dojazdem na miejsce zalegania obozem (a trzeba przyznać, że zloty nam kołują z roku na rok po bliższej i dalszej Wileńszczyźnie), jak też niejednego mniej zahartowanego turystę niewyraźna pogoda w domu zatrzyma, choć z pewnością ta zlotowa soczewka w niemałym stopniu ogniskuje naszą narodową kondycję.

Osobiście wielce żałuję, że turystyczna "geografia" kochanej Wileńszczyzny nie może się jakoś poszerzyć o rodaków rejonu szyrwinckiego (nie byli obecni ani razu), a już szczególnie się martwię z nieobecności drużyn rejonu trockiego, gdzie warunki przyrodnicze ku wyprawom pod namioty są wręcz idealne. Troki i okolice były zresztą obecne na naszej turystycznej mapie; ba - tamtejsi rodacy bardzo sprawnie współorganizowali III zlot turystyczny Polaków na Litwie, ale ostatnio wyraźnie pasowali. Czyżby wśród naprawdę prężnie działających kół ZPL w Połukniu, Landwarowie, Rudziszkach, Starych Trokach bądź w Grzegorzewie brakło ludzi z turystycznym zacięciem? Coś bardziej byłbym skłonny w to nie uwierzyć niż uwierzyć ...

 

Flagę -na maszt!

No, ale dość tej refleksji o obecnych i nieobecnych, bo oto drużyny uczestniczące w X zlocie turystycznym Polaków na Litwie kroczą zwartym szeregiem i ustawiają się półkolem przy maszcie, na którym dumnie zwisa wprost spod igły specjalnie na zlot turystyczny z numerem 10 ufundowana flaga opatrzona jeszcze nie spłowiałą w słońcu i deszczach różą wiatrów umajoną w paproć - herbem naszych wypraw pod namioty, a w chwilę potem mer rejonu wileńskiego Leokadia Januszauskiene wszem i wobec obwieszcza, że X zlot turystyczny zostaje otwarty, czemu "potakuje" też wznoszona flaga. Rękoma obecnych przedstawicieli drużyn-zwycięzców wszystkich dotychczasowych 9 zlotów. Biją brawa zebrani, biją brawa goście, wśród których znaleźli się m. in. ksiądz Dariusz Stańczyk, wicewojewoda bialskopodlaski Adam Wilczewski, członkowie delegacji gminy Pasym w województwie olsztyńskim, z którą współpracuje gmina sużańska, poseł na Sejm Jan Sienkiewicz, prezes ZPL Ryszard Maciejkianiec, prezes Kiejdańskiego Oddziału ZPL "Lauda" Irena Duchowska, prezes Solecznickiego Rejonowego Oddziału ZPL Zdzisław Palewicz, były prezes KSPL "Polonia" Stefan Kimso...

 

Jako biwakowa rodzina

Jak każe zwyczaj, konkurs na meldunek o przybyciu powoduje, że już w toku uroczystego otwarcia z bezkształtnego turystycznego ludu wyłaniają się poszczególne drużyny, a jury skrzętnie notuje punkty, uwzględniając humor, pomyślunek i walory artystyczne uczestników. Te przymioty były pierwszego wieczora raz jeszcze konieczne, o ile się chciało dobrze wypaść w drugim z konkursów konkursie twórczości turystyczno-rozrywkowej. A w ogóle, skoro jestem przy konkursach - to wypada powiedzieć, że tych było w sumie 8, w tym najbardziej pasjonujące, mające na celu wyłonienie miss i mistera zlotu, główkowania na pełnych obrotach. Z kolei podczas zawodów w sztafecie turystycznej, kolarskich przełajach i orientacji w terenie zwycięzców "karmiła" sprawność fizyczna, a ponieważ wymagały one jakby podwójnego zachodu w porównaniu z konkursami, liczba punktów w ocenach była mnożona przez 2. Kto słabiej wypadał w konkursach, mógł próbować więc z nawiązką odrobić straty w zawodach, aczkolwiek jedynie dobrzy i w jednym, i w drugim mogli liczyć na końcowy triumf i miano najlepszej drużyny.

Niech mi Czytelnik wybaczy, że nie będę w szczegółach opisywać przebiegu zlotu. Kto uczestniczył, długo jeszcze zapewne będzie chował bajeczne wspomnienia, kto natomiast nie był, niech żałuje. Bo też stracił wiele widoków dla oczu, dźwięków dla i wzruszeń dla serca. Od spotkań ze starymi przyjaciółmi, z którymi codzienny kierat każe nam nieraz widzieć się właśnie raz do roku na zlocie, ze wspomnień, jakie snuły się przy ogniskach długo w noc, od nowych znajomości.. Stawiam w tym miejscu nieporadny wielokropek, gdyż atmosfera zlotowa naprawdę niejedno niepowtarzalne ma imię. Imię zbiorowe, gdyż podobnie jak odpowiedzialność, zgoda i im podobne pojęcia takie właśnie nosi znamię: jestem ja, jesteś ty, jest on i ona, ale dopiero wszyscy razem liczymy się jako biwakowa rodzina.

 

"Włóczędzy", "Kowboje", "Łowcy duchów"

Jako weteran z 10 naszymi zlotami na karku chylę czoła w pas przed wileńskimi "Włóczęgami". Nie, bynajmniej nie tylko dlatego, że wygrali w ostatecznym rozrachunku po raz drugi z rzędu, co dotąd żadnej drużynie się nie udawało. I nawet nie dlatego, że triumfowali w tak błyskotliwym stylu, zwyciężając "po drodze" w 7 (!!!) na 8 możliwych do wygrania konkursów, a sukces przypieczętowali również pogodzeniem rywali w zmaganiach sztafet. W ich występach, odkąd wspólnie jesteśmy na zlotach, imponuje mi najbardziej element zabawy. Polegający na weseleniu innych i bawieniu się samych. W sposób niewymuszony a zarazem jakże mistrzowski, okraszony fantazją, smykałką, turystyczną zaradnością.

W kilku ostatnich zlotach "Włóczędzy" są albo włóczęgami-Kozakami, albo włóczęgami morza, albo włóczęgami-Szkotami, tworząc za każdym razem prawdziwe spektakle. Tego roku wcielili się we "Włóczęgów-Gruzinów", w sposób mistrzowski wręcz ciągnąc wątek tego górskiego narodu przez wszystkie występy konkursowe (Waldemar Szełkowski uosabiał wodza-Stalina; Marek Kubiak podczas zmagań o tytuł mistera kreował ognistego dżigita; własne obozowisko "Włóczędzy" przekształcili w górską osadę spod Tbilisi, po której pełnym dowcipu cicerone dla komisji wizytującej każdą kolejną "zagrodę" był Władysław Wojnicz; podczas konkursu twórczości amatorskiej zaimprowizowali brawurowo odegraną zagładę "Titanika", z której jedynie oni -"Włóczędzy-Gruzini" - dzięki swojej pomysłowości caleją i pojawiają się na zlocie).

Jeśli "Włóczęgom" to wszystko wychodzi - to moim prywatnym zdaniem również dlatego, że turystyczną przygodę uprawiają znacznie częściej niż raz do roku na zlotach Polaków na Litwie, wybierając się paką, gdzie "pierwsze skrzypce" grają wspomniani już Waldemar Szełkowski, Władysław Wojnicz, Marek Kubiak oraz Inessa Bujnicka, Alicja Żuk, Jerzy Budrewicz, Artur Ludkowski, na spływy kajakowe, wędrówki piesze albo wyprawy rowerowe. Nieraz tak daleko, że mają w zasięgu ręki szczyty górskie pod czapą wiecznego śniegu. A wszystko to skrzętnie notują w tekstowo-zdjęciowej kronice życia Klubu Włóczęgów Wileńskich, która aktualnie liczy dwa opasłe tomiska i ciągle się rozrasta. W tych wszystkich wyprawach "Włóczędzy" zdążyli się "dotrzeć" do siebie, wyrobić ducha zespołowej odpowiedzialności, motywację udziału w biwakach nic wspólnego nie mającą z biernym leżeniem w cieniu drzew albo wypiciem niejednego głębszego.

Inną drużyną wartą zapisania złotymi zgłoskami w zlotowych kronikach są "Kowboje" z Białej Waki w rejonie solecznickim, gdzie pogodę robią Andrzej Więckiewicz i Henryk Baranowicz. Tego roku zajęli w końcowym rozrachunku drugą lokatę, podobnie jak w ubiegłym, zyskując wielki poklask za przywiezienie na zlot pokaźnej grupki dziatwy -własnych "kowbojąt", z których po kilku latach będą zlotowi "Kowboje" że hej. Jak powiedział mi Henryk Baranowicz kośćcem "Kowbojów" są poszczególne rodziny (na tegorocznym zlocie takowych było 5, a za rok będzie na pewno więcej). Zloty, w których biorą udział od roku 1990, zdaniem Andrzeja Więckiewicza są doskonałą formą wypoczynku. Właśnie rodzinami, gdzie dzieci zadręczają rodziców pytaniami, kiedy nareszcie na biwak wspólnie pojadą.

Przykład solecznickich "Łowców duchów" - trzeciej drużyny po summa summarum -niezbicie potwierdza, jak szerokie możliwości turystyczne drzemią w Wileńszczyźnie. Za jej ojca chrzestnego może z powodzeniem uchodzić Czesław Sokołowicz, niezmienny sędziowski filar naszych zlotów. Pokazał kilku młodym ludziom, nigdy dotąd nie startującym, nagrany na kasecie video ubiegłoroczny zlot, a jego atmosfera tak się im udzieliła, że już sami skompletowali do końca z równie jak oni debiutantów drużynę, która naprawdę zrobiła furorę. Kto kolejny? -chciałoby się spytać, wybiegając myślami w przyszłoroczną perspektywę.

 

Biała Podlaska zlotom rada

Niech zloty Polaków na Litwie robią u nas furorę, podobną do tej z Białej Podlaskiej. gdzie - jak zwierzyła się mi niezmiennie patronująca przyjazdom Rodaków z tego zakątka Macierzy Mirosława Cajgner - chętnych wzięcia udziału w imprezie spod znaku róży wiatrów umajonej w paproć jest tylu, że najpewniej wypadnie odnajmować drugi autokar, by zabrać ze sobą turystów z Białej Podlaskiej i okolic, które tym razem reprezentowały pod postacią osobnych drużyn Radzyń Podlaski i Janów Podlaski. Żeby splendor był większy, temu ostatniemu grodowi przybyła jeszcze jedna miss, jako że dziewczyną dziewczyn naszej jubileuszowej imprezy została pochodząca stamtąd Aneta Latek.

 

Organizatorzy w skowronkach

X zlot turystyczny, jawiący mi się jako "oberek" z namiotami w tle, stanowi czas przeszły. Tym cenniejszy, że w zgodnej powszechnej opinii była to nadzwyczaj udana impreza. Waldemar Tomaszewski, jako prezes Wileńskiego Rejonowego Oddziału Związku Polaków na Litwie, Antonina Połtawiec, Edmund Szot i Józef Szuszkiewicz, jako pracownicy wileńskiego samorządu rejonowego, wreszcie Mieczysław Czerniawski, jako starosta gminy sużańskiej, naprawdę mogą mieć zatem powody do bycia w skowronkach, do satysfakcji z dokonanego. Dokonanego, na co złożyła się też ofiarna praca kolegium sędziowskiego, sekretariatu, ratowników, służby żywienia, policji, osób odpowiadających za oprawę muzyczną i nośność mikrofonu, przy którym odstała nogi a i głos zdarła (któżby inny!) jak nie Anna Adamowicz, niestrudzona prowadząca zlotowa. Brawo, Aniu! To, co zaprezentowałaś, to był jeden wielki wydech na nucie błyskotliwego humoru, matczynego zagrzewania do czynu turystycznej braci. Braci gotowej ci w dowód podzięki przychylać niebios. Tych samych, które nawet bliskimi stronami przeciekając, zlot oszczędziły. Za rok -w okolicach kalendarzo wego św. Jana tradycji z orzełkami w plecakach ponownie stanie się zadość. Wymieniona zostanie kolejna zlotowa "dziesiątka". Oby na poszczególne zloty, co niczym złote dukaty dzwonią..

 

Henryk Mażul

Fot. Jerzy Karpowicz


Mażul H. "Oberek" z namiotami w tle //Nasza Gazeta 2 lipca 1998r. Nr.27 Str. 1, 5

 

Załączniki:
 10_zlot_Suzany_Nasza_Gazeta_1998.pdf[Mażul H. "Oberek" z namiotami w tle // Nasza Gazeta 2 lipca 1998r. Nr.27 Str. 1, 5]573 Kb
feed0 Komentarze

Napisz komentarz
 
  zmniejsz | powiększ
 

busy
 
Reklama

Dołącz do nas !

Zlot Turystyczny na Facebook'u

Jak dodać zdjęcie ?

  • Masz ciekawe zdjęcie zlotowe ?
  • Chcesz dodać je do galerii ?
  • Nie wiesz jak to zrobić ?
  • Kliknij tu...

Kto jest online?

Naszą witrynę przegląda teraz 102 gości 

Ostatni komentarz

Ambasador zlotu

Zostań ambasadorem zlotu:
  • Umieść nasz banner na własnej stronie
  • Opowiedz o tej imprezie innym
  • Prześlij link do naszej strony
  • Zbierz drużynę i przybądź na zlot